Odmówiłem bezdomnemu

Bezdomny5

Jestem okropnym człowiekiem. Nie pomogłem głodnemu (bezdomnemu). Będę się smażył tam, gdzie powinna trafić połowa polityków. Najgorsze jest to, że nie jest mi nawet źle, ale też nie wiem komu teraz wierzyć. Znajomym, rodzinie, którzy twierdzą, że jestem uosobieniem piękna i spokoju, miłości, czy temu bezdomnemu, który chciał mnie trafić prosto w serce jednym zwrotem: mam nadzieję, że będziesz głodował tak, jak ja głoduję teraz.

Wieczór, jak wieczór, byłem w pracy. Gastronomia rządzi się swoimi prawami. Nawet jeżeli pada deszcz, śnieg, nawet kiedy jest zagrożenie stopnia drugiego: będą tornada, grad, nawet jeżeli jest wolna niedziela (ta od handlu), musimy pracować. Jesteśmy na posterunku dla wszystkich ludzi, którzy nawet o godzinie 17:30 (30 minut przed zamknięciem lokalu) przychodzą na coś słodkiego i herbatę. Tak było tego dnia.

Pół godziny przed zamknięciem zaczęliśmy cowieczorny rytuał sprzątania. Nie byłem sam, pomagała mi Paulina. To znaczy, ja stałem przy kasie i obsługiwałem ostatnich klientów. Robiłem tego dnia ostatnie zamówienie. Byłem naprawdę zajęty. Drzwi się otworzyły, pomyślałem, że do lokalu znowu wchodzi potencjalny klient pragnący ciepłego gofra. Prawda była inna. Wszedł gość, który miał na sobie podarte ubranie. W ciągu paru sekund w lokalu można było odczuć jego zapach: żrący, dwutygodniowy pot zmieszany z moczem i fekaliami. Czeka mnie genialna rozmowa.

Uciekłem na pierwsze piętro do ostatnich siedzących klientów. Odstawiłem zamówienie i pognałem do biura. W ciągu paru chwil ze zwykłego szefa i pracownika zamieniłem się w detektywa i ochroniarza. Usiadłem na krześle i wlepiłem ślepia w odczyty z kamer. Mężczyzna, o którym wspominałem, podszedł do lady. Paulina wyszła z pomieszczenia, w którym myjemy naczynia i zaczęła z nim rozmawiać. Po paru sekundach odeszła od niego. On został.

– No to jestem w dupie.

Wyszedłem z biura. Powolnym krokiem, jakbym nie chciał, zszedłem na parter. Wymieniliśmy ze sobą długie spojrzenie. Podszedłem do lady, zapytałem, o co chodzi?

– Mógłby pan dać mi coś do jedzenia?

W głowie miałem już plan całej rozmowy. W zakończeniu było coś w stylu: kierowniku, dorzuć mi jeszcze piątaka na browar. Ile razy już dawałem pieniądze bezdomnym? Nie wiem, na pewno nie raz, nie dwa. Ostatnim razem jeden wyciągnął ode mnie pięć złotych. Parę minut później widziałem tego samego gościa z flaszką wódki i uśmiechem na twarzy. Wtedy stwierdziłem, że nie popełnię tego samego błędu.

– Wie pan, jesteśmy tuż przed zamknięciem. Jestem zajęty.

– Naprawdę nie może pan poświęcić chwili dla mnie?

Nie podaruję mu pizzy, bułek, kabanosa, czegokolwiek czym mógłby się najeść. Szarlotki mu nie dam, słodka. Lodów też nie, małokaloryczne. Gofra nie wysmażę, maszyna wyłączona. Nie było takiej możliwości.

– W tym momencie niestety nie jestem w stanie Ci pomóc.

Odszedł. Z jednej strony poczułem ulgę. Nie znoszę takich rozmów. Z drugiej zaś strony smutek. Trudno. Pomogę następnym razem. Drzwi się otworzyły, mężczyzna zaczął wychodzić. Odwróciłem się do niego plecami. Niepotrzebnie. Oprócz skrzypiących zawiasów usłyszałem coś jeszcze.

– Mam nadzieję, że będzie pan głodował tak, jak ja głoduję teraz, do widzenia.

Zamarłem.

Mój organizm zareagował od razu. W głowie ujrzałem dwa obrazy:

  1. Siebie, biednego człowieka, który nie ma co wsadzić do ust, który nie ma gdzie pójść spać i jedyną opcją jest położenie się na ławce w parku, przykrycie się gazetami, papierami i kocem, który znalazłem w kontenerze na śmieci.
  2. Siebie, człowieka bogatego, skąpego, kopiącego w dupy ludzi potrzebujących.

Zacząłem myśleć o różowych jednorożcach, tylko po to, żeby wyrzucić te obrazy z głowy. Były głupie, bezsensowne. Niestety niesmak pozostał mi do dziś.

Czy zrobiłem coś złego?

Nie sądzę, a przynajmniej nie czuję się tak, jakbym zrobił coś złego. Gdyby ten bezdomny podszedł do mnie na ulicy, przyszedł do lokalu kilka godzin wcześniej, pomógłbym mu, nie myślałbym o przeczącej odpowiedzi. Nie raz tyrałem do żabki tylko po to, żeby kupić komuś kabanosy i bułki – było tak parę lat wstecz.

Z drugiej strony w głowie usłyszałem tylko: głodnych nakarmić. Szkoda, że nikt nie wziął pod uwagę okoliczności.

Kiedy opowiadałem tę historię moim przyjaciołom, reagowali podobnie do mnie. Niektórzy się śmiali, niektórzy mówili, że brakowało mężczyźnie pokory, niektórzy stwierdzali krótko: ale frajer.

Kiedy opowiedziałem tę samą historię swoim rodzicom, starszym wiekiem i rozumem, usłyszałem totalnie co innego. Szczerze, nie spodziewałem się takich odpowiedzi.

Trzeba było mu już coś dać. Nawet zwykłego banana, jabłko, cokolwiek, ale teraz już za późno. – No akurat o bananie i jabłku nie pomyślałem.

W jakim świetle mnie to stawia? W jakim świetle stawia ta historia młodych ludzi? Czy jesteśmy bezdusznymi skurwielami, którzy nie potrafią dać kawałka jabłka, banana, żeby kogoś nakarmić? Co się stanie, kiedy nasi rodzice znikną z tego świata i zostaniemy sami? Co się stanie, kiedy ta historia spotka nas kiedyś w przyszłości, ale role się zamienią i to my będziemy prosić o jedzenie? Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.

Pomijając wszystko, to, że gość nie miał pokory, to, że wparował do restauracji przed samym zamknięciem, oczekując czegoś smacznego, to, że nie zareagowałem, to, że nie pomogłem. Spróbujcie postawić się w jego miejscu. Co byście zrobili?

Ciao,