Maraton życia

Maraton

Zawsze chcę być tym pierwszym. Wszędzie.

Stoję na skrzyżowaniu, zapala się zielone światło, ruszam z piskiem opon. Spoglądam w boczne lusterko, jak daleko zostawiłem swojego 80-letniego przeciwnika.

Szykuję się z dziewczyną na wspólne wyjście. Bardzo często czekam na nią od kilku do kilkunastu minut (chociaż to głupi przykład, faceci zawsze wygrywają).

Rodzinny obiad. Zgadnijcie kto odchodzi pierwszy od stołu.

Ile osób słyszało kiedykolwiek od swoich rodziców/dziadków/znajomych: nie spiesz się, bo jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy? Zastanawiali się kiedyś nad tym, co mówią? Przecież to nie działa! Oczywiście, dziecko zareaguje inaczej, ale dorosły? To określenie pasuje mi do czegoś innego.

WARSZAWSKI POŚPIECH

Standard. Przy każdym tekście, przy każdym słowie, które związane jest z pośpiechem, należy wymienić mieszkańców Warszawy. Kochanego, ale jakże zatłoczonego i podzielonego miasta (Legia i Polonia). Tak na marginesie, spróbujcie uciekać przed jednymi lub drugimi. Zwiewałby nawet diabeł, chociażby do Radomia.

Nie ma nic złego w przypominaniu mieszkańcom stolicy, że są maratończykami. W momencie, kiedy ty robisz jeden krok, oni trzy. Statystyki nie kłamią. Średni chód człowieka to w okolicach 5 km/h, warszawiaka – 8. Mam wrażenie, że nawet na starym mieście, czy podczas zwiedzania muzeum, chodzą szybciej. Mieszkałem tam przez 4 lata. Może niewiele, żeby wszystko zauważyć, ale na pewno wystarczająco, żeby móc wypowiedzieć się na dany temat.

Czyli co, ja też mogę nazwać się maratończykiem? No nie. Jestem krótkodystansowcem. Interesują mnie tylko niewielkie odległości. Życie staram się zostawiać w spokoju. Tutaj w stolicy rzadko spotkamy Kszczota. Wszyscy gnają do celu, jakoby ten cel był określony, phi.

ŻYCIE W POŚPIECHU

Z życiem w ciągłym pośpiechu wiąże się wiele niebezpieczeństw.

Jednym z nich jest utrata kontaktu z samym sobą. Nie chodzi tutaj o pośpiech w jednej czy drugiej sytuacji, tylko o niedobry styl życia. Przecież czasami pędzimy na tramwaj czy autobus, każdy to rozumie.

Przed czym uciekamy najczęściej? Przed własną duszą, własnymi najgłębszymi potrzebami i sumieniem. Wyobrażacie sobie podróż dookoła ziemi? To niebezpieczna, długa i ciężka droga. A teraz, na dzień dobry, wyrzućcie kompas, mapę i smartfona.

Jasne, na co dzień, bez swojego JA jest nam łatwiej i wygodniej. Dusza przeszkadza nam w robieniu głupstw, marnowaniu czasu.

Nie przestraszcie się tylko mojego nazewnictwa. Na potrzeby tekstu zamieniam się w małego psychologa i określenia dusza używam naprzemiennie z naszym sumieniem, wewnętrznym JA.

DO CZEGO DĄŻYMY?

Quo vadis panie?

Spiesząc się, zapominamy o najważniejszych aspektach naszego życia. Po co nam miłość, tęsknota, rodzina, spełnienie, jeżeli mamy nowy samochód, pieniądze, apartament i psa rasy Corgi? Przecież za pieniądze możemy kupić wszystko. Tego, że pieniądze szczęścia nie dają, tłumaczyć nie muszę. Chociaż…

Pieniądze pełnią tutaj inną funkcję. Wyobraźcie sobie sytuację. W waszej okolicy, na osiedlu, na którym mieszkacie, wszyscy zaczęli masowo kupować jakieś super buty, powiedzmy Jordany. Was nie stać na nie. Co zaczniecie robić? Albo będziecie odkładać pieniądze do słoiczka, albo pójdziecie dalej, nie zwracając uwagi na innych (moim zdaniem, wybór jest łatwy).

Przypuśćmy jednak, że staracie się zarobić na swoje wymarzone buty. Odkładacie grosz do grosza. Czekacie dniami, godzinami. W końcu zamawiacie je – oczywiście przez internet. Czekacie dwa dni. W międzyczasie nadal oglądacie ludzi, zachwycacie się niesamowitym obuwiem. Puszczacie ochy i achy, marzycie o swoim nowym zakupie.

Przychodzi dzień ostateczny. Kurier puka do drzwi, otwieracie, zabieracie przesyłkę, rozdzieracie papier, zakładacie lśniące i błyszczące Jordany po raz pierwszy na nogi i…

I właśnie, jesteście szczęśliwi, jednak… szczęście przyniosły wam same buty, czy cały czas oczekiwania na nie? Zastanówcie się nad tym (taka mała dygresja).

Quo vadis panie?

W Warszawie do niczego. Po co nam nieszczęśliwe, zasiane korporacjami życie, w którym nie czujecie się sobą? Dzień w dzień to samo, ten sam scenariusz. Zapomnijcie o jakichś wyjątkowych zdarzeniach. Mimo że cały czas biegniecie do przodu, to życie zapierdziela jeszcze szybciej. Błagam was, nie spieprzcie tego. Nie zamieniajcie się w maratończyków życia.

Ale Piotrek, przecież każdy mówi: bo jak się pospieszysz, to dostaniesz nagrodę i w ogóle będzie wszystko fajnie, wszystkiego dostąpisz w życiu itd.

Gówno prawda. Spieszyć się można, ale powoli.

Weźcie do ręki notes, długopis, albo cokolwiek, po czym można pisać. Przy każdej aktywności w ciągu dnia, tygodnia, zapiszcie, ile czasu na nią poświęcacie. Ile czasu marnujecie na bezmyślne ślęczenie przed komputerem, telewizorem. Spróbujcie wstać wcześniej. Chociażby lewą nogą (to dla tych, którzy łóżko mają po prawej stronie i głow… to nieważne). Zaplanujcie sobie dzień w taki sposób, żeby nie stracić nawet minuty na głupoty.

Żeby było łatwiej. Powiedzmy, że każdego dnia otrzymujecie od życia 86400 złotych. Każdej sekundy tracicie jedną złotówkę. Chyba słabo byłoby przespać całą wypłatę, co?

Ciao,