TO już idzie do ciebie Uciekasz czy walczysz ze strachem?

4 października 2017

Zazwyczaj nie chodzę do kina, wolę oglądać filmy na komputerze lub w ostateczności w telewizji (chociaż jest ich naprawdę niewiele, trzeba mieć szczęście, żeby trafić na ciekawy), to na ten film poszedłem. Było to zaplanowane wyjście z moją dziewczyną. Mieliśmy nadzieję, że podczas seansu na całych naszych ciałach pojawi się gęsia skórka. Trochę się zawiodłęm. Nie wiem jak ona, ale raczej też nie była zachwycona „strasznością” tego filmu.

Film „TO” powstał po raz kolejny. Może to złe określenie, lecz pierwszą jego odsłoną był serial (miniserial). Powstawał w latach 90. Niestety nie oglądałem go, także nie mogłem się na nim oprzeć. Jedynym oparciem było ramię mojej kobiety. Serio, czasami było źle, usypiałem.

„TO” został zrealizowany na podstawie jednej z najpopularniejszych książek Stephena Kinga pod tym samym tytułem. Niestety książki też nie czytałem. Shame on me.

Wracając do samego filmu. Miasteczko Derry, grupka dzieciaków – film przypominał mi „Super 8”. Coś podobnego i tutaj się działo. Może bez katastrofy i kosmity, ale także z dziećmi, dość ciekawą historią i niewytłumaczalnymi zjawiskami. „TO” jest nieokreśloną postacią, która przybiera różne wcielenia, zależne od tego, czego boimy się najbardziej. Najczęściej jednak możemy go spotkać we wcieleniu tańczącego klauna Pennywise’a. Postać straszy i morduje dzieci. Chociaż słowo „straszyć” jest użyte tutaj niepotrzebnie. Spodziewałem się wielkiego horroru, który wyssie ze mnie wszystko, a dostałem lekki thriller, który tylko w niektórych momentach straszył.

W 1990 film został podzielony na dwie części. W pierwszej z nich dzieci uganiają się za mordującym klaunem, w drugiej mamy przedstawioną historię dorosłych bohaterów. Dzisiaj dostajemy tylko połowę wszystkiego. „TO” został urwany w połowie. Do drugiej części wrócimy za jakieś dwadzieścia siedem lat (oby chodziło tylko o czas ekranowy, bo kolejnego „niewypału”, jaki był związany z filmem „Avatar 2”, nie zniosę).

Nie chciałbym się skupiać na całości, historii, bo nie o to chodzi. Nie chcę wam spoilerować. Skupimy się na moich ulubionych aspektach. Jestem fanem efektów specjalnych, kocham je. Tak jak „Rings” z tego roku ma ich o wiele więcej i wyglądają o wiele przyjemniej, tak tutaj, jakby to ująć ładne i zgrabnie, było ich niewiele i były nieciekawe. Było parę momentów, w których byłem sekundy od otwarcia buzi, lecz… wszystko zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.

Kolejną rzeczą będzie muzyka. Jak wiecie, jestem bardzo wybrednym „muzykiem” jeżeli chodzi o akompaniamenty w filmach.  Pan Benjamin Wallfisch zrobił naprawdę ciekawą oprawę. Może muzyka nie powalała na kolana, nie sprawiała, że serce przyspieszało, ale… była przyjemna dla ucha. Polecam wam przesłuchać całego soundtracku z filmu.

Nie chciałbym przedłużać tej „recenzji”, dlatego już szybciutko kończę. Czy warto? Na pewno. Każdy film jest wart uwagi, nie przejmujcie się niskimi ocenami na filmwebie, nie czytajcie pięknych recenzji, nie zagłębiajcie się w to wszystko. Film osobiście nie przypadł mi do gustu, chociaż nie będę wredny i ocenię go poprawnie. Mnie nie wystraszył, może na was zrobi większe wrażenie? Miłego seansu.

 

Reżyseria
80%
Gra aktorska
75%
Muzyka
75%
Efekty specjalne
60%
Wrażenia ogólne
75%
Ciao,

Może masz ochotę na więcej?

  • A tak sie cieszylam , ze bedzie groza… Szkoda. Choc Thrillery rowniez lubie ;)

Scroll Up