Tinder-niespodzianka Jedna aplikacja, dwie różne bajki, jedna, prawdziwa miłość

3 września 2017

Właśnie pokazałem wam, w jaki sposób traci się czytelników! Obiecujesz, że zaczniesz pisać, a tutaj co? Klapa. Zero odpowiedzi przez kolejny miesiąc. Jestem okropny, dlatego skończę obiecywać i będę miał tylko nadzieję, że znowu uda mi się wrócić do tego, co było pół roku temu. Uda mi się wrócić także do was, bo to jest dla mnie najważniejsze.

Wczoraj przeprowadziłem prawie trzygodzinną rozmowę ze swoją kobietą na skypie. Poprosiłem ją o pomoc. Oprócz tego, że przez dwie godzinny rozmawialiśmy o ciuchach i szukaliśmy marynarek, płaszczy, to chwilę poświęciliśmy blogowi. Okazało się, że mój brak weny jest bezpodstawny. Nadal potrafię znajdować tematy. Robię to bez żadnego problemu. Z samej rozmowy udało mi się wyciągnąć dwie rzeczy, a wiem, że mógłbym wynieść ich więcej. To była próba – czy nadal potrzebuję czegoś sensownego do napisania wpisu. Nie! Dziewczyna, kurtka i marynarka – te trzy rzeczy postawiły mnie do pionu. To jest właśnie to, co wyróżnia blogerów czy pisarzy. Z niczego potrafią zrobić coś.

Co więc może być inspiracją do napisania tekstu. Odpowiedziałbym – wszystko. To nie jest jednak miejsce na banały, prawda? To właśnie ja muszę wiedzieć, jak z niczego stworzyć bardzo ciekawy tekst. Nie ma znaczenia, jakim stylem będzie pisany. Na pierwszy ogień, Tinder.

O SAMEJ APLIKACJI

Pewnie wiele osób już wie, co to za aplikacja, do czego służy. Jednak są tacy, którzy jej nie używali, bądź o niej w ogóle nie słyszeli – to dla was.

Tinder powstał parę lat temu. Pierwotnie była to seksaplikacja. To określenie pasOWAŁO do niej idealnie. Na czym polegała zabawa? Zakładasz swój profil, umieszczasz krótką informację o sobie, wstawiasz zdjęcia i spędzasz połowę dnia z oczami w telefonie. Swojego profilu nie widzisz, widzisz profile innych. Krótko mówiąc, oceniasz innych, po samym wyglądzie. Jeżeli dana osoba ci się spodoba, przesuwasz zdjęcie na prawo, jeżeli zaś nie, to na lewo. Po przesunięciu profil znika i pojawia się kolejny, i tak w kółko. Jeżeli osoba, której dałeś polubienie, polubi również twoje zdjęcie, dostajesz informację o tym – match, możesz zacząć rozmawiać! Są jeszcze ukryte opcje superlików, ale to nie jest ważne. Ważne jest to, do czego aplikacja służy teraz. Do czego więc? Do niczego.

Ludzie zakładają ją, by poznać innych (nie tylko umówić się na przygodni seks), żeby porozmawiać, żeby napić się z kimś, albo z czystej ciekawości – ostatni powód należy do mnie. Zrobiłem to, używałem Tindera, przyznaję się bez bicia. Czy coś z tego wyszło? Nie licząc tego, że jeszcze nigdy nie byłem tak zakochany, to… tak, wyszło wszystko. Wszystko się zmieniło – na poziomie emocjonalnym, uczuciowym, chociaż nie tylko tutaj. Dla ułatwienia powiem tylko tyle, że TAK, moją dziewczynę poznałem na Tinderze. Jesteśmy parą od prawie pięciu miesięcy i nic nie wskazuje na to, żeby coś się zmieniło.

WSTYDŹ SIĘ!

Przez pierwsze tygodnie spotykałem się z wieloma negatywnymi odbiorami tego, co robię. Przecież istnieje mnóstwo innych możliwości poznania drugiej osoby – przez znajomego, na imprezie, przypadkiem na ulicy, przez potknięcie się, wywrócenie na prostej drodze, cokolwiek. Wchodzisz do sklepu, kupujesz parę bułek, masło i wędlinę. Przed tobą stoi w kolejce piękna kobieta, co robisz? Zagadujesz, jesteś przecież wolny.

Ja wybrałem inną metodą, tą łatwiejszą i bardziej kontrowersyjną. Po naszym pierwszym spotkaniu dowiedziałem się, że moja luba spotykała się z chłopakami z Tindera tylko po jednym razie. Bawiła się reakcjami, rozmawiała, poznawała i kończyła znajomości, i spotkania. Po naszym pierwszym spotkaniu widzieliśmy się po raz kolejny dopiero… następnego dnia, i jeszcze raz, kolejnego. Trzy dni z rzędu z tą samą osobą. Złamała swój rytuał. Pierwszy raz spotkała się z kimś nieznajomym po raz drugi i trzeci. To była dla mnie niespodzianka. Dzisiaj przyznajemy sobie rację, że… już wiedzieliśmy, po pierwszych kilkunastu godzinach razem, że coś z tego będzie. Było, jest i będzie. Jest pięknie.

TINDER-NIESPODZIANKA

Całe życie poznawałem ludzi i nadal poznaję. Co rusz mam nowych kumpli, co rusz, tracę ich, kolejnych. To normalne. Jeżeli chodzi o kobiety, zazwyczaj były to koleżanki ze szkoły, z osiedla, z boiska, z imprezy, bądź poznane przez znajomych. Czy to coś złego, że używałem Tindera? Nie.

Zastanawiam się tylko, co będę tłumaczył dzieciom, kiedy zapytają: tato, jak poznałeś mamę? – No wiesz kochanie, była kiedyś taka aplikacja… Powiedziałbym prawdę.

Tinder jest w pewien sposób naturalną ewolucją randkowania w sieci i w szerszym kontekście – wytworem nieustannego dążenia do upraszczania kontaktów, decyzji oraz ograniczania czasu do minimum. Niektórzy twierdzą, że ludzie używający Tindera są płytcy. Nie wierzę w to, że aplikacja sprawia, iż stajemy się bardziej powierzchowni. Nie istnieje nic takiego jak tinderyzacja kontaktów międzyludzkich. Nawet przy prostym założeniu oceniania po wyglądzie, użytkownicy potrafią stworzyć sobie własną sieć drobnych, nieoczywistych zależności. To tylko zależy od nas.

Na Tinderze można znaleźć rozrywkę, może nawet miłość, ale też wielkie rozczarowania i nieciekawe sytuacje. Tinder nie jest ani dobry, ani nie jest zły. Nie jest też odpowiedzią na żadne pytanie ani rozwiązaniem żadnego problemu współczesnego społeczeństwa 2.0. To tylko narzędzie dostosowane do czasów, w których się pojawiło.

U mnie wszystko zakończyło się niespodzianką. Dwie różne osoby, które zaczęły pisać własną bajkę. Dokąd nas zaprowadzi ta droga? Tego nikt nie wie. Wiem zaś na pewno, że nic nie dzieje się bez powodu. Nawet w tych dziwnych aplikacjach.

Ciao,

Może masz ochotę na więcej?

Scroll Up