Co powiesz na… depresję? Sprawię, że cię dopadnie

2 października 2017

Wychyliłem się zza ogrodzenia. Spojrzałem w lewo, w prawo. Nikogo tam nie było. Byłem sam. Wyszedłem spokojnie, chociaż wiedząc, że w środku mnie się kotłuje. Spokojnym krokiem zacząłem maszerować wzdłuż metalowego płotu. Zniszczony już, trochę zardzewiały. Zza krat wyłaniał się opuszczony dom. Wyglądał jak z horroru. Brakowało tylko drzewa, które zabija. W pewnym momencie usłyszałem kogoś. Odgłos podobny do tego, jakby ktoś skoczył i wylądował na obie nogi zaraz przy samym uchu. Obróciłem się. Jedyna myśl, która wpadła mi wtedy do głowy to: biegnij. Odwróciłem się ponownie, lecz tym razem bardzo powoli. Zacząłem biec, ile sił w nogach. Słyszałem sapanie. Jego oddech na moich plecach. Odgłos kroków był coraz wyraźniejszy. W oddali zobaczyłem jakąś postać z psem. Biegłem dalej. Odwróciłem się. Nikogo za mną nie było. Trochę się uspokoiłem. Podbiegłem do nieznajomego. Stuknąłem go w ramię. Dostałem w brzuch. Obudziłem się.

Ten sam sen, po raz kolejny. Znowu ktoś mnie goni, znowu dostaję. Już nie mam siły. Oczy miałem nadal zamknięte. Ciężkie powieki nie pomagały w niczym. Ruszyłem ręką, nogą, jestem cały, żyję. Chociaż to mnie nie ucieszyło. Powoli zacząłem dochodzić do siebie. Głowa mi pękała. Znowu. Otworzyłem oczy. Podniosłem rękę do twarzy. Wytarłem łzy. Znowu płakałem przez sen. Nie potrafię inaczej. Jak śpię, to mam koszmary, jak mam koszmary to płaczę i tak w kółko.

Poprawiłem poduszkę i położyłem się na boku. Jeszcze zaspanymi oczami popatrzyłem na swój pokój. Wczoraj zapomniałem zasłonić żaluzji. Słońce lekko oświetlało moje biurko i zielony dywan. Zielony? Niby kolor, który uspokaja. Na mnie nie działa. Nie wiem dlaczego, ale ściany też miałem lekko pistacjowe. Ten pokój miał być moją oazą spokoju, a stał się więzieniem. Tak naprawdę przez ostatni miesiąc nigdzie nie wychodziłem. Jedyną drogę, którą pokonywałem to pokój-łazienka-kuchnia. Nic więcej do życia nie było mi potrzebne. Chociaż to ciężko nazwać życiem. Chodzenie między starymi opakowaniami po pizzy. Masę butelek porozrzucanych po całym mieszkaniu. I sam ja. Jeden jak palec. Nikogo więcej.

Usiadłem na łóżku. Głowa zabolała jeszcze bardziej. Już się dobudziłem i się zaczęło. Wrócił ciężar ciała większy, niż daję radę unieść.

Na chuj wstawałeś z tego łóżka? – pomyślałem.

Było tak dobrze, znowu jest źle.

Powolnym ruchem założyłem ciapki. Pamiętam, jak dostałem je od mamy. Kupiła je w Zakopanem. Kiedyś uwielbiałem w nich chodzić. Teraz? Pomimo tego, że są miękkie i ciepłe, ja czuję, jakbym wkładał je za karę. Wiem, że kapcie wiążą się ze wstaniem z łóżka. To jest najgorsze. Chodzenie, uch, przecież nawet na to nie mam siły.

Jeszcze raz spojrzałem na swój pokój. Mój wzrok zatrzymał się na zegarze. Sekundnik mnie dołował. Widziałem ten upływający czas. Godzina 13:25, idealnie. Na zajęcia znowu nie pójdę, nie wyrobię się ze wszystkim. Znowu poczułem bezsilność. Wstałem, zakręciło mi się w głowie, usiadłem. Położyłem się na boku. Znowu zacząłem płakać, tak po prostu. Bez powodu łzy zaczęły cieknąć mi po policzkach. Zamknąłem oczy i starałem się uspokoić. Do mojej głowy zaczęły napływać same głupie myśli. Nie potrafiłem ich zatrzymać. Były jak TGV – szybkie. Milion na sekundę.

Po 15 minutach w niemalże bezruchu postanowiłem, że trzeba coś zrobić. O tej godzinie jedzenie śniadania to bezsens. Wziąłem telefon. Oho, 10 nieodebranych połączeń od rodzicielki, poczeka jeszcze trochę, zanim do niej zadzwonię. Otworzyłem aplikację książki telefonicznej. Parę numerów i ten jeden, najważniejszy, moja ulubiona pizzeria. Zadzwoniłem:

– To, co zwykle.

– Będziemy za 60 minut.

Rozłączyłem się. Nie wiem, kiedy dotarłem do tego momentu. Pizzeria ma zapisany mój numer, wystarczy, że zadzwonię. Oni już wiedzą. Wiedzą, co się dzieje, wiedzą, co chcę zjeść. Chociaż to mi się udało w życiu. Idealnie.

Usiadłem ponownie na łóżku. Spojrzałem na nocną szafkę. Kubek, kubek, szklanka, kubek, butelka, kubek, kieliszek. Kiedy spojrzałem do środka kieliszka, poczułem dość ciekawą woń alkoholową. Zaciągnąłem się tym zapachem. Zakręciło mi się w głowie, lecz tym razem było to przyjemne uczucie. Założyłem te cholerne ciapki i powędrowałem bardzo powoli do mojej komody. Otworzyłem drzwiczki i zobaczyłem jedną, jedyną butelkę. Było w niej whisky. Nie dziwne, dlaczego została właśnie ona. To był prezent od mojej byłej dziewczyny. Nie tknąłem tego, nie tylko dlatego, że to ona mi go dała. Po prostu nie lubię whisky. Nie znoszę zapachu, smaku, ale… jak mus to mus. Otworzyłem butelkę, zamknąłem za sobą drzwiczki od barku i powędrowałem znowu do łóżka. Wziąłem kubek po kawie sprzed paru dni i nalałem odrobinę tego nektaru bogów.

Pierwszy łyk. Nic. Drugi łyk. Gorzkie to. Trzeci, czwarty, piąty łyk. Dzwonek. Zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób nalanie whisky do kubka, podróż do barku i z powrotem, zajęła mi 60 minut. Powędrowałem do drzwi. Otworzyłem. Odebrałem zamówienie, zapłaciłem, zamknąłem drzwi i stoję dalej. Trzymam w rękach ciężką pizzę. W głowie nagle szum, krzyk. Słyszę czyjś płacz. Upuszczam pizzę, biegnę do swojego pokoju:

Oaza spokoju? Kurwa, kogo ja okłamuję?

Biorę butelkę whisky i siadam na łóżku. Spoglądam na ciapki. Ściągam je z nóg, rzucam w kąt. Biorę łyk whisky. Głosy nie mijają, stają się coraz głośniejsze. Biorę kolejny łyk alkoholu. Nic nie pomaga. Rzucam butelką o ścianę, która rozbija się na miliony małych kawałeczków. Podchodzę szybkim krokiem do biurka. Spoglądam na nie – papierosy. Otwieram balkon. Wychodzę zapalić. Odpalam ostatnią zapałką. Łamie się, zaczynam płakać. Wracam do mieszkania po zapalniczkę, w międzyczasie gołymi stopami stąpając po szkle. Boli, ale nie bardziej niż wszystko inne. Zapalniczka leży na ziemi, podnoszę ją. Wychodzę znowu na balkon i zapalam papierosa. Zaciągam się dymem i staram uspokoić.

Przez kolejne 10 minut paliłem papierosa. Peta wyrzuciłem z czwartego piętra. Wróciłem do mieszkania. Spoglądam na ziemię i widzę swoje krwiste ślady odciśnięte na podłodze. Drepcząc ponownie po szkle, wchodzę do kuchni. Wracam po pizzę. Podnoszę ją, podchodzę do małego stołu w kącie kuchni. Siadam i otwieram zawartość. Biorę jeden kawałek. Gryzę. Wypluwam.

W jaki sposób moja ulubiona pizza może mi nie smakować?

Muszę zjeść. Nie chcę zejść jeszcze z tego świata. Biorę kolejny kawałek. Wypluwam. Wracam do pokoju, biorę kolejny łyk whisky. Siadam na łóżku. Zaczynam płakać. Głowa wędruje ponownie na szafkę przy łóżku. Otwieram szufladę i… dzisiaj znowu zapomniałem wziąć tabletki. Wyjmuję z opakowania jedną kapsułkę. Popijam alkoholem, bo nic innego nie mam. Kładę się na łóżku cały czas płacząc. Zasypiam.

Ciao,

Może masz ochotę na więcej?

Scroll Up